Edward Guziakiewicz
A JEŚLI JUTRA NIE BĘDZIE

1

Powieść «A jeśli jutra nie będzie» należy do nurtu postapokaliptycznego w fantastyce.

2

Po ataku zabójczego wirusa z kosmosu przy życiu pozostaje niespełna dwa procent ludzi na Ziemi.

3

Uratowani z pogromu nieliczni mieszkańcy Florydy, głównie bardzo młodzi, organizują się, by stanąć na nogi.

4

Na jednego mężczyznę przypada kilka kobiet, co decyduje o charakterze powstających wspólnot.

5

Utwór ma także drugie dno. Wiąże się ono z kalendarzem Majów i zapowiadanym przez nich czwartym końcem świata.

N

A MIEJSCU zbiórki, przy przejeździe przez tory na Okeechobee Boulevard, czekała trójka wolontariuszy, dwaj chłopacy i jedna spódniczka, wszyscy nieco starsi od Oscara. Mieli liny holownicze, lawetę i stroje robocze. Te ostatnie się przydały ze względu na ceglasty pył na siedzeniach kierowców, smutną pozostałość po zjadaczach chleba, których wirus przeniósł na tamten świat. Kilka podobnych ekip trudniło się w innych punktach miasta. Jacob pracował w pomocy drogowej, więc wiedział, jak się zabrać do tego zadania i pokierował pozostałymi. Miał włosy zaplecione w dredy, mocne bicepsy i drobny tatuaż na ramieniu. Przede wszystkim należało oczyścić skrzyżowania. Odprowadzili na parking kilkadziesiąt samochodów, część usunęli na pobocza. Najwięcej kłopotów sprawiały auta uszkodzone. Szło im sprawnie i niewiele rozmawiali. Madison trzymała się Daniela, kumpla Jacoba, nie odstępując go ani na krok. Strzegła swego chłopaka jak brytan kości i nie zwracała uwagi na dziewiętnastolatka. Oscar też nie otwierał ust. Po dziewiątej przeleciał nad nimi śmigłowiec, patrolujący miasto. Potem przyhamował obok nich jadący fordem gościu w zielonej koszulce i krzyknął:

— Dobra robota, tak trzymać! Niech żyje wolny świat!

Ruch uliczny był praktycznie biorąc zerowy, więc każdy poruszający się samochód wywoływał w Oscarze radosne bicie serca. Zatelefonowała do niego Emily. Troskliwie zapytała, jak mu się pracuje. Potem Angelina przysłała mu esemesa z tekstem „Kocham cię!”

Około południa Jacob zwolnił go, zamawiając na następny dzień i wyznaczając nowe miejsce zbiórki, tym razem na autostradzie. Mógł zatem wybrać się po Nikki. Wcześniej zatankował. Podjazd przed jej parterowym domem był zajęty, stały tam dwa wozy, więc zatrzymał się na ulicy.

Sikoreczka zauważyła, że się pojawił. Nieco się spóźnił. Radośnie wybiegła z domu i zawołała:

— Chodź! Mama zaprasza cię na lunch!

Nie zamierzał odmawiać, bo od rana nic nie jadł. Zapobiegliwa Emily przyrządziła na śniadanie naleśniki z syropem klonowym. Przygotowała mu również kanapkę, lecz zapomniał wziąć. Grzecznie wszedł i przywitał się z matką Nikki, córka była do niej bardzo podobna, przeprosił, że musi umyć ręce, a potem usiadł przy stole w kuchni. Uporał się w mig z dużym befsztykiem na chlebie, napił się soku, a w końcu równie grzecznie pożegnał gospodynię. Matuchna zrobiła na nim dobre wrażenie. Dowiedział się, że pracowała w The Warren Library, bibliotece Palm Beach Atlantic University. Wyczuł, że traktuje go życzliwie, prawie jak członka rodziny, jakby chodził ze słodką Nikki od stu lat i miał zamiar wkrótce jej się oświadczyć. Ojca nie było w domu.

Pojechali. Słońce grzało. Jego szkolna koleżanka miała na sobie prostą bawełnianą sukienkę mini w kwiaty z niewielkim dekoltem, zapinaną z przodu na drobne guziczki, a na nogach lekkie pantofle. Był szczęśliwy, że się zdecydowała. Zaparkował na podjeździe przed tajemniczym domem Rity — tuż za białą toyotą, którą w międzyczasie ściągnął ze skrzyżowania.

— Wchodzimy! — zarządził, lekko podminowany. Wcześniej rozejrzał się uważnie dokoła.

Nikki milczała. Nie pozwolił jej plątać się po salonie i od razu zabrał ją na piętro.

— Ładna sypialnia, ale nie w tym rzecz — odezwał się. Czuł się tu jak gospodarz. Podniósł żaluzje w okolonym zasłonami oknie. Otworzył ścienną szafę i odsunął wieszaki. — Oczy wyjdą ci z orbit, jak to zobaczysz.

Znaleźli się w sekretnym schowku Rity.

— Niemożliwe! — szepnęła Nikki.

Ślizgała się wzrokiem po zebranej tam broni palnej. Oscar ostrożnie wyjął jedną sztukę z gabloty i podał zaaferowanej przyjaciółce. Pistolet nie był naładowany.

— Lekki, zmieściłby się w torebce. Robi wrażenie. Jak się nazywała ta babka? — na jej czole pojawiły się zmarszczki.

— Rita Bennett, ale nazwisko mogło być fałszywe.

— A w jakim była wieku?

— Około trzydziestki.

Wydawało mu się, że Nikki odetchnęła.

— I chcesz dojść do tego, czym się naprawdę zajmowała?

Przytaknął.

— To ciekawy trop. A poza tym ta broń może się nam przydać.

— Coś cię z nią łączyło?

Pomyślał, że wobec Nikki może być szczery, choć zapowiadało się, że wyjdzie na idiotę.

— Podglądałem ją z mojego okna przez lunetę na statywie.

Myślał, że parsknie śmiechem, ale nawet się nie skrzywiła. Wrócili do różowej sypialni. Jego przyjaciółka przysiadła z wdziękiem na wygniecionym łóżku Rity, jakby miała zamiar pozować do fotografii. Odrzuciła na bok jej czarną jedwabną piżamkę. Zdjęła pantofle i wyprostowała zgrabne nogi. Wpadające przez okolone zasłonami okno promienie słońca igrały w jej złotych włosach. Guziczki przy dekolcie dziwnym trafem się rozpięły. Zauważył to i musiał skomentować.

— Przy mnie powinnaś nosić bluzki zapięte pod szyję — żartobliwie zaznaczył, wstydliwie zacierając ręce. — Już ci mówiłem, jesteś bardzo seksy i rozpraszają mnie twoje piersi. Dostaję oczopląsu.

(...)