powieść SF

Jest to już szósta powieść fantastyczno-naukowa Edwarda Guziakiewicza.

Powieść «A jeśli jutra nie będzie» należy do nurtu postapokaliptycznego w fantastyce.

Akcja toczy się na Florydzie. Po ataku zabójczego wirusa z kosmosu przy życiu pozostaje niespełna dwa procent ludzi na Ziemi.

Uratowani z pogromu nieliczni mieszkańcy miasta, głównie bardzo młodzi, organizują się, by stanąć na nogi.

Na jednego mężczyznę przypada kilka kobiet, co decyduje o charakterze powstających wspólnot.

Powieść ma także drugie dno. Wiąże się ono z kalendarzem Majów i zapowiadanym przez nich czwartym końcem świata.

Rozdział piąty


  +

OSCAR

pojechał w kierunku mostu Royal Palm. Nikki milczała, gdy pokonywali zalew. Z Royal Palm Way skręcił na północ. Wyspa wydawała się zawsze tętnić własnym miejskim życiem, jednak teraz minęli tylko dwa jadące samochody.

— Pokażę ci miejsce, które utkwiło mi w pamięci. Ojciec przywiózł mnie tutaj, gdy miałem osiem lat. I zostawił na godzinkę na plaży. Był prawnikiem i załatwiał w pobliżu interesy. Od tamtej pory chodziło mi po głowie, żeby zamieszkać na tej wyspie. Wydawała mi się wtedy pępkiem świata. Tylko zoo z nią wygrywało.

— Sentymenty — westchnęła.

Przeciął pola golfowe i dojechał do Atlantic Avenue. Szosa wiodła ku morzu, kończąc się prawie na piaszczystej plaży. Witały ich miłe dla oka wille. Przy North Ocean Boulevard było ich jeszcze więcej.

Wysiedli. Popołudniowe słońce mocno grzało. Zszedł na plażę. Błękitny ocean ciągnął się aż po horyzont. Zdjął adidasy, zostawiając na piasku ślady stóp. Podciągnął nogawki dżinsów i pozwolił, by woda omywała mu stopy. Postanowił, że następnego dnia zamieni długie spodnie na luźne bermudy. Matka kupiła mu kilka par, ale ich nie nosił, uważając, że źle w nich wygląda. Wydawało mu się, że ma za chude łydki. W oddali dryfowały dwa jachty. Pewnie nikogo żywego na nich nie było. Usiłował dociec, dlaczego przed laty to miejsce tak mocno utkwiło mu w pamięci, teraz uważał, że nie ma w nim niczego niezwykłego, i doszedł do wniosku, że zadecydował widok Atlantyku. Był wtedy pierwszy raz sam na sam z bezmiarem wód, chłonął ten niezwykły pejzaż, a chodziły mu po szczenięcej głowie opowieści o piratach z Karaibów i dzielnych zdobywcach zamorskich krain. Ocean drzemał, był obok, żyli w poczuciu jego bliskości, na co dzień zsyłał krótkie rzęsiste deszcze, lecz raz na jakiś czas dawał odczuć swoją potęgę, budząc groźne żywioły.

— Posiedzimy tutaj? — zawołała. — Niczego sobie miejsce.

— Możemy! — odpowiedział, wracając do rzeczywistości.

— To ja się rozbieram!

Dziewczyna zdjęła bluzkę, zostając tylko w dżinsowych spodenkach i biustonoszu. Usiadła na piasku, założyła okulary przeciwsłoneczne i wystawiła twarz ku słońcu. Spojrzał na nią i zdecydował się wrócić. Ściągnął przez głowę bawełniany T-shirt i usiadł obok.

— Mogę być w toples? — niewinnie zapytała.

Przyzwalająco skinął głową, nie mając pojęcia, w co się pakuje. Dziewczyna bez wahania zdjęła biustonosz.

Piersi miała cudowne i jego ciało nieoczekiwanie eksplodowało pożądaniem. Przez chwilę nie wiedział, co z sobą zrobić. Rozszalałe serce omal nie wyrwało mu się z piersi, a penis rozpychał mu spodnie.

Ściągnęła okulary, z niedowierzaniem mu się przyglądając.

— Co to? Zobaczyłeś rekina? Mogę z powrotem założyć — zaofiarowała się, widząc jego z nagła pobladłą i zmienioną twarz.

Zaschło mu w gardle i z trudem przełknął ślinę.

— Nie musisz, jest dobrze — wyjąkał.

Ukryła twarz za okularami.

— Widocznie nie chodziłeś nigdy do klubów ze striptizem — ostrożnie się domyśliła. — Faceci są z reguły uodpornieni na takie widoki. Nie robią na nich wrażenia. Nie oglądałeś filmików w Internecie?

— To nie chodzi o goliznę, to chodzi o ciebie — drżącym jeszcze głosem wyjaśnił, gdy już się opanował. — Jesteś naprawdę bardzo seksy.

Wyciągnął się na piasku, podkładając sobie ręce pod głowę. Zamknął oczy.

— Mówili mi już to, dziękuję.

— Masz chłopaka? — zapytał, nie podnosząc powiek.

— To już przeszłość. Kręciłam z dwoma, nie mogąc się zdecydować, obaj sympatyczni, ale skończyło się, gdy zaczęto mówić, że pieprzę się w toalecie z wytatuowanymi facetami. Kilku złośliwców pytało się, czy im obciągnę za trzy dychy, więc miałam dość.

Podniósł głowę i wsparł się na łokciu.

— Nie wierzyłem w te plotki.

— To nie było miłe. Najbardziej jednak przeżyłam to, że musiałam opuścić szkołę. Mama wywaliła kupę szmalu na adwokata. Wiesz, że się potem sama regularnie uczyłam? Nie zostałam za wami z tyłu. Do dziś się uczę. Miałam plany, związane z uniwersytetem...

Oscar poczuł, że powinien ją zapytać o siebie. Podniósł się i usiadł, kreśląc patykiem po piasku.

— A czemu się dziwiłaś, że chodzę z Emily, a nie z Angeliną?

— Do tego akurat nie trzeba specjalnej inteligencji — odparła. — Jest w tobie zakochana bardziej niż Emily, ale nie chce swej przyjaciółce wchodzić w drogę. W przypływie szczerości zdradziła to kiedyś kumpelom z budy. I się rozeszło.

— Tyle, to właściwie sam się domyślałem — mruknął. — Nic nowego. A co ty o tym wszystkim sądzisz?

— Szczerze aż do bólu? To jest tandem. Taki tam syndrom. Są ze sobą silnie związane uczuciowo. Więc albo weźmiesz je obie, albo żadnej — odsłoniła przed nim brutalną prawdę.

Wydawało mu się, że Nikki próbuje prać brudy.

— Chyba przesadzasz, obie są bardzo romantyczne.

— A co to ma do rzeczy, zwłaszcza teraz, kiedy w ciągu jednej nocy wszystko się zmieniło…

— Do diaska, na jednego faceta trzy kobiety — przypomniał sobie jej słowa. — Sądzisz, że staniemy się mormonami?

— Mormonami czy wyznawcami islamu, obojętnie jak to nazwiesz, na pewno jednak monogamię trzeba będzie zawiesić na kołku. A skoro już się rozpędziłam, to powiem jeszcze jedno. Jak ci się już obie znudzą i będziesz szukać odmiany, to uderz do mnie. Nie pożałujesz. Na pewno ci nie odmówię…

Nie sądził, że okaże się taka śmiała. Przyglądał jej się z niedowierzaniem. W jej ustach nie zabrzmiało to jednak wulgarnie. Była bezlitośnie szczera. Szła na skróty, żadnego wdzięczenia się, żadnych umizgów i zalotów. Czyżby wirus wszystko zmienił? Ocierali się o siebie w szkole, ale rzadko ze sobą rozmawiali. Fizycznie była bez zarzutu, a nawet gdy się pochylała, jej piersi nie traciły idealnych kształtów. Czuł jednak w sobie opór. Matka go uczyła, że niebezpiecznie jest trzymać dwie sroki za ogon. Nie mógł bez końca skakać z kwiatka na kwiatek.

— Sądzisz, że przeżyjemy?

— Pewnie tak. Jeśli nie rąbnie w nas okręt podwodny z napędem jądrowym i jeśli nie eksploduje jakaś elektrownia. A National Hurricane Center w Miami? Czy będziemy mogli liczyć na ostrzeżenia przed cyklonami? Co zrobimy, gdy nieoczekiwanie nadejdzie coś naprawdę morderczego, biorąc pod uwagę skalę Saffira-Simpsona? Czy zdążymy się ewakuować? Nie wiemy, jak dobrze jest zabezpieczona broń masowego rażenia, szczególnie chemiczna i biologiczna. Poza tym jest jeszcze jedno ale…

— Jakie?

— Ten superwirus pozostawił nas wprawdzie przy życiu, ale mógł wywołać katastrofalne zmiany w organizmach. Nie wykluczone, że jest w stanie modyfikować nasz kod genetyczny.

Oscar podniósł się i z przestrachem obejrzał dłonie, jakby w poszukiwaniu chorobowych zmian na skórze. Pomyślał, że od tej chwili będzie niespokojnie sprawdzać w lustrze, czy nie rosną mu kły wampira.

— Myślisz, że przekształcimy się w zombie?

— Któż to wie? A jeśli kobiety zaczną rodzić potworki?

Nikki była zorientowana i doskonale wiedziała, co w trawie piszczy.

— Może zamienimy się w syreny i będziemy żyć w oceanie, jak w serialu „H2O: wystarczy kropla”? — próbował wszystko obrócić w żart.

— Zabawna perspektywa — przyznała. — I wcale nie najgorsza.

Przypomniał mu się nagle film „Superhero”. Ugryziony przez zmutowaną ważkę Rick Riker posiadł nadzwyczajne zdolności. Z Peterem Parkerem w filmie „Spider-Man” nie było inaczej, jednak tam w grę wchodził zmieniony genetycznie pająk. Ciężko westchnął. Nie żyli w świecie komiksowych bohaterów i nie potrafili ich naśladować, ani się z nimi mierzyć.

— Z dwojga złego wolałbym stać się mutantem z Instytutu profesora Xaviera — skonstatował ze smutkiem.

Próbował siłą woli zmusić sznurówki, żeby się same zawiązały, ale nawet nie drgnęły.

(...)