Edward Guziakiewicz
A JEŚLI JUTRA NIE BĘDZIE

1

Powieść «A jeśli jutra nie będzie» należy do nurtu postapokaliptycznego w fantastyce.

2

Po ataku zabójczego wirusa z kosmosu przy życiu pozostaje niespełna dwa procent ludzi na Ziemi.

3

Uratowani z pogromu nieliczni mieszkańcy Florydy, głównie bardzo młodzi, organizują się, by stanąć na nogi.

4

Na jednego mężczyznę przypada kilka kobiet, co decyduje o charakterze powstających wspólnot.

5

Utwór ma także drugie dno. Wiąże się ono z kalendarzem Majów i zapowiadanym przez nich czwartym końcem świata.

N

A DEPTAKU przed teatrem zgromadziło się z osiemdziesiąt osób i Oscar poczuł ożywczy przypływ nadziei. Pojął, że West Palm Beach nie umarło. Duży okrągły zegar na wysokim białym frontonie nadal chodził. Pokazywał jedenastą trzydzieści. Chłopak od czasu do czasu bywał w tym gmachu na rockowych koncertach, sala widowiskowa z żyrandolami robiła wrażenie, a raz gościł na weselu. Organizowane w nim śluby cieszyły się wzięciem. Dotarł tu bez kłopotów, jadąc przez opustoszałe miasto, chociaż miejscami musiał omijać stojące samochody jak narciarz pokonujący trudny slalom. Zostawił wóz na South Rosemary Avenue przed butikiem ApricotLane.

Wśród przybyłych przeważały osoby poniżej trzydziestki. Nie brakowało matek z małymi dziećmi. Zauważył jedną kobietę w ciąży. Mężczyzn doliczył się co najwyżej dwudziestu, co go odrobinę zaniepokoiło. Snuł się między zebranymi, ocierał się o nich z rozkoszą, jakby nie widział nikogo żywego od lat, rozglądając się przy tym za Emily i innymi znajomymi ze szkoły. Siedzące przy stolikach restauracji Il Belaggio wolontariuszki odnotowywały wszystkich, którzy przyszli. Należało podać imię i nazwisko, wiek, zawód, adres, numer telefonu i pochwalić się posiadanymi umiejętnościami. Nikt nie pytał o prawo jazdy. Stanął w kolejce, by się zarejestrować. Miła Meksykanka odebrała od niego dane. Był czterysta drugi na liście, co dobrze świadczyło o organizatorach. Umieli ściągnąć tu pozostałych przy życiu mieszkańców. Dał się zapisać na listę wolontariuszy, którzy mieli za zadanie uprzątanie ulic. W pierwszej kolejności oczyszczano centrum. Należało zająć się bezpańskimi samochodami i sprowadzić je na pobocza, a w przypadku dużego zagęszczenia — odstawić na pobliskie parkingi.

Nie dostrzegł nigdzie Emily Steward, ale zauważył Nikki Anderson. Była niewinnie wyglądającą blondynką o lekko kręcących się włosach i anielskiej twarzy, ponoć podobną do Crystal Harris. Nie tak dawno wyrzucono ją ze szkoły. Najpierw dwie rozhisteryzowane koleżanki doniosły, że uprawiała seks w szkolnej toalecie z wytatuowanym chłopakiem, który przyjechał do niej na harleyu. Przymknięto na to oczy, bo ponoć w grę wchodziły szkolne porachunki. Chłopaka nikt nie widział, jego motoru też. Kiedy jednak znaleziono u niej w szafce narkotyki, nie było przeproś. Za takie rzeczy karano. A prawo stanu Floryda było pod tym względem surowsze od prawa federalnego.

— Hej! Jak leci? — życzliwie zapytał, starając się nie zjeżdżać wzrokiem na jej rozpiętą bluzkę. Powinna była zapiąć ze dwa guziczki, jeśli nie chciała prowokować mężczyzn. Dżinsowe spodenki z postrzępionymi nogawkami miała najkrótsze z możliwych.

— A co mam powiedzieć? — uśmiechnęła się smutno. — Gdyby nie ten wirus, byłoby po mnie. Na szczęście, te dwie suki, które dobrały mi się do skóry, już nie żyją.

— Byłem pewny, że cię wrabiają. Nie wierzyłem w narkotyki — dorzucił. — A twoja mama? — zapytał, pamiętając, że jej rodzice byli tuż po rozwodzie.

— Wyobraź sobie, że przeżyła. Zresztą mój ojciec też. Stuknięta siksa, która zawróciła mu w głowie, zmarła. Był tak przerażony, że w te pędy wrócił do matki. Jesteśmy znowu razem.

Oscar zapatrzył się w koronę jednej z rosnących tu wysokich palm. Pomyślał o swoich rodzicach. Jeszcze nie dopadł go żal, jeszcze się bronił — był skupionym na sobie jedynakiem, nie wyolbrzymiającym roli związków rodzinnych, umiał brać, a niechętnie dawał — jednak wiedział, że wcześniej czy później zacznie nocami szlochać w poduszkę. Kusiło go, żeby pojechać samochodem do Cape Coral, było to około stu pięćdziesięciu mil i odwiedzić dom znajomych, u których jego starzy się zatrzymali, ale wiedział, że mogłoby to okazać się dla niego zabójcze.

— To jesteś więcej niż w szczęśliwym położeniu, tylko zazdrościć — z pokorą skonstatował. — Nie widziałaś gdzieś Emily?

— Jest w środku. Zaraz wyjdzie, bo w południe będą podawane komunikaty przez megafon.

Spojrzał w stronę budynku.

— Ooo! — olśniło go. — To muszę tam podejść!

(...)


M

ASYWNY facet około czterdziestki, przypominający wyglądem aktora Deana Norrisa, miał w ręce megafon i zebrani na deptaku zwrócili się w jego stronę. Towarzyszyła mu świta złożona z zamyślonych osób w różnym wieku. Oscar dostrzegł u jego boku zaaferowaną Emily w różowej sukience mini i poczuł ukłucie zazdrości. Przez chwilę obawiał się, że ją straci. Nie przypuszczał, że jego szkolna koleżanka może poważnie się zaangażować w ratowanie pozostałej przy życiu reszty ludzkości.

Facet mówił powoli i wyraźnie.

— Zajęliśmy się wczoraj w pierwszej kolejności małymi dziećmi, których rodzice zmarli. Korzystając z kartotek medycznych, ustaliliśmy adresy, a wolontariusze odwiedzili mieszkania i domy. Pozostawione bez opieki oseski znalazły się w szpitalu dziecięcym w St. Mary's Medical Center. Gdyby ktoś trafił na wałęsających się małolatów, proszę ich tam skierować lub osobiście przywieźć. To przy skrzyżowaniu 45th Street i Greenwood Avenue. Tam się też należy zgłaszać ze wszystkimi sprawami, dotyczącymi zdrowia.

Pragnęlibyśmy, żeby wszyscy, którzy ocaleli zamieszkali w promieniu dwóch, trzech, góra czterech mil od naszego centrum dowodzenia. Może nie od razu, powiedzmy, że w ciągu tygodnia. Jest w czym wybierać, więc przeprowadzka nie powinna rodzić kłopotów. Potrzebne rzeczy są na miejscu w galeriach i sklepach. To na wypadek, gdyby telefony przestały działać. Niestety, są najbardziej wrażliwym elementem infrastruktury. Jedzenie póki co jest, benzyna i olej też. Udało się stworzyć ekipę, która zajmie się mediami, przede wszystkim wodą i dostawą prądu elektrycznego. Nie możecie jednak liczyć na to, że ogarniemy troską cały obszar West Palm Beach aż po bagna. Martwimy się o centrum miasta…

Mówił dalej, ale Oscar już go nie słyszał. Emily dostrzegła wreszcie chłopaka. Uszczęśliwiona zbliżyła się do niego i rzuciła mu się na szyję, jakby go nie widziała od tygodni. Entuzjastycznie ucałowała go w oba policzki, następnie w usta, a jej policzki się zaróżowiły.

— Cudownie, że jesteś — zatrajkotała. Świeciły jej się z radości oczy.

Był odrobinę zaskoczony jej reakcją, ale starał się tego nie okazać. Co nie znaczy, że się nie ucieszył. Nadal była jego bratnią duszą. Przytulił ją do siebie.

— Jesteś teraz bardzo zajęta? — usiłował się domyślić.

— Bardzo. Zajmuję się koordynacją na szczeblu hrabstwa i na szczeblu stanowym. Mam podzielną uwagę i mogę robić kilka rzeczy naraz. Porozumiewamy się z komitetami w Jacksonville, Miami, Tampa, Orlando. Ale kończę dyżur o siedemnastej. Może wpadłbyś do mnie na kolację?

Z jej oczu wyczytał, że nie może odmówić.

— Oczywiście — odpowiedział. — Przyjdę!

— Będziemy tylko we dwoje — zaznaczyła. Odwróciła się w stronę przemawiającego mężczyzny. — John jest znakomity — zmieniła temat. — Współpracował z panią burmistrz i ma orientację we wszystkich ważnych sprawach.

Padały pytania. Kogoś zainteresował wysunięty na południowy zachód międzynarodowy port lotniczy Palm Beach.

— O lotach kursowych nie ma co marzyć. Możemy jedynie liczyć na transport małymi samolotami pasażerskimi, które potrafią wylądować bez komunikacji z wieżą. Helikoptery też wchodzą w grę. Już od jutra jeden śmigłowiec będzie latać nad miastem. Między innymi w poszukiwaniu malców, którzy plątają się bez opieki. Monitoring z powietrza jest niezbędny.

Ktoś inny zapytał, czy nadal obowiązuje prawo karne stanu Floryda.

Korpulentny John był do bólu szczery.

— Nie obowiązuje żadne prawo, bo nie ma policji ani sądów. Być może, wcześniej czy później stworzymy urząd szeryfa i sędziego. Będzie jak na Dzikim Zachodzie — roześmiał się. — Nasz kraj ma sprawdzone tradycje pod tym względem. Budowaliśmy przecież od zera podwaliny życia publicznego.

Potrafił wlać w zebranych otuchę i zebrał oklaski za tę wypowiedź. Kończył spotkanie. Emily jeszcze raz cmoknęła Oscara w policzek.

— Muszę zmykać — szepnęła mu do ucha. — Pamiętaj, bądź przed ósmą.

(...)